czwartek, 19 czerwca 2014

#Kurdę...lubię owady


Kurdę....lubię owady

 

Harcerstwo było jest i będzie ważną częścią mojego życia. Te świetne godziny spędzone wraz z Bruce- moją zastępową, Mary- moją najlepszą przyjaciółką(siostrą) po wsze czasy i resztą zastępu. Zajadanie się babeczkami, kręcenie filmów, gry, zabawy, śpiewanie i żarciki. To był nieodwołalnie ważny element mojego życia. Zbiórki odbywały się w piątki o 15:30...taka moja mała szczęśliwa godzina. Dołaczyłam do ,,Ważnego elementu mojego życia” w wieku 11lat. Mała niedojrzała blondynka, którą wszystko interesowało no wszystko oprócz harcerstwa. Nie wiem czy uwierzycie, że rok przed podjęciem tej ważnej decyzji uważałam harcerstwo za wielką głupotę, która i tak nic nie wniosłaby do mojego życia. Rok później jednak miałam dziwny sen. Obudziłam się spocona jak cholera i szepnęłam do siebie BOŻE, ALEX WEŹ DUPĘ W TROKI! LUDZIE ROBIĄ TYLE DOBREGO A TY TYLKO OBIJASZ SIĘ NA FACEBOOKU I TWITTERZE. JAK ONI MOGĄ TO I TY MOŻESZ. I dołączyłam szczęśliwym trafem do drużyny AKME. To musiało być wypisane na mojej wielkiej karcie. Wielka karta to coś wymyślonego przeze mnie kilka lat temu, wymyśliłam, że jest tam zapisana moja przyszłość i wbiłam w głowę, że nic nie dzieję się bez przyczyny i z przypadku. Kompletna bzdura oczywiście, bowiem na ofcjalnym rozpoczęciu roku harcerskiego wpadłam na wysokiego blondyna. Roześmiany, z rozwianymi włosami, w mundurze koloru khaki wpadł na mnie tak poprostu. Wywaliłam się. Spojrzałam prosto w jego, jakże cudowne i inteligentne, dwukolorowe oczy. Złapałam jego wyciągniętą dłoń i dźwignęłam się do góry.

- Sorry- rzucił w pośpiechu i z zakłopotaniem

- Spoko- odpowiedziałam bez namysłu.

Oczywiście owy blondyn nie został ,owego dnia,spuszczony z mojego oka nawet na malutką chwilę. Rozmyślałam o nim całymi dniami i nocami. Wyobrażałam sobie romantyczną kolację ze mną i nim w rolach głównych. Słodkie pocałunki, przytulenia, walentynki, trzymanie za ręcę i słodkie słówka. Nie wiedziałąm ile ma lat, z jakiej drużyny jest, czy się jeszcze spotkamy...ja nawet nie wiedziałam jak ten blondyn ma na imię. Byłam głupia. Odtwarzałam tą sytuację 10000 razy w mojej głowie i nie mogłam przestać myśleć o tym czy ma kogoś, jak to jest być u jego boku, jak cudownie byłoby całować jego różowe usta, jak miło byłoby wtulić się w jego tors (umięśniony jak cholera w moich myślach) i powiedzieć co sądzę o tym okrutnym życiu. Pewnie spytacie teraz co ja sobie myślałam jak byłam 11-latką, ale myślałam tak jak moi rówieśnicy, że świat to machina spełniająca życzenia, że miłośc jest zawsze cudowna, bez skazy poprostu idealna.

Przesiedziałam na facebooku całą noc i wkońcu znalazłam! Nazywał się Michael Bumblebee..... Trzmiel...po raz pierwszy w całym moim życiu stwierdziłam, że owady jednak mogą być fajne.

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz