Kurdę....lubię owady
Harcerstwo było jest i będzie ważną częścią mojego życia.
Te świetne godziny spędzone wraz z Bruce- moją zastępową, Mary- moją najlepszą
przyjaciółką(siostrą) po wsze czasy i resztą zastępu. Zajadanie się babeczkami,
kręcenie filmów, gry, zabawy, śpiewanie i żarciki. To był nieodwołalnie ważny
element mojego życia. Zbiórki odbywały się w piątki o 15:30...taka moja mała
szczęśliwa godzina. Dołaczyłam do ,,Ważnego elementu mojego życia” w wieku
11lat. Mała niedojrzała blondynka, którą wszystko interesowało no wszystko
oprócz harcerstwa. Nie wiem czy uwierzycie, że rok przed podjęciem tej ważnej
decyzji uważałam harcerstwo za wielką głupotę, która i tak nic nie wniosłaby do
mojego życia. Rok później jednak miałam dziwny sen. Obudziłam się spocona jak
cholera i szepnęłam do siebie BOŻE, ALEX WEŹ DUPĘ W TROKI! LUDZIE ROBIĄ TYLE
DOBREGO A TY TYLKO OBIJASZ SIĘ NA FACEBOOKU I TWITTERZE. JAK ONI MOGĄ TO I TY
MOŻESZ. I dołączyłam szczęśliwym trafem do drużyny AKME. To musiało być
wypisane na mojej wielkiej karcie. Wielka karta to coś wymyślonego przeze mnie
kilka lat temu, wymyśliłam, że jest tam zapisana moja przyszłość i wbiłam w
głowę, że nic nie dzieję się bez przyczyny i z przypadku. Kompletna bzdura
oczywiście, bowiem na ofcjalnym rozpoczęciu roku harcerskiego wpadłam na
wysokiego blondyna. Roześmiany, z rozwianymi włosami, w mundurze koloru khaki
wpadł na mnie tak poprostu. Wywaliłam się. Spojrzałam prosto w jego, jakże
cudowne i inteligentne, dwukolorowe oczy. Złapałam jego wyciągniętą dłoń i
dźwignęłam się do góry.
- Sorry- rzucił w pośpiechu i z zakłopotaniem
- Spoko- odpowiedziałam bez namysłu.
Oczywiście owy blondyn nie został ,owego dnia,spuszczony
z mojego oka nawet na malutką chwilę. Rozmyślałam o nim całymi dniami i nocami.
Wyobrażałam sobie romantyczną kolację ze mną i nim w rolach głównych. Słodkie
pocałunki, przytulenia, walentynki, trzymanie za ręcę i słodkie słówka. Nie
wiedziałąm ile ma lat, z jakiej drużyny jest, czy się jeszcze spotkamy...ja
nawet nie wiedziałam jak ten blondyn ma na imię. Byłam głupia. Odtwarzałam tą
sytuację 10000 razy w mojej głowie i nie mogłam przestać myśleć o tym czy ma
kogoś, jak to jest być u jego boku, jak cudownie byłoby całować jego różowe
usta, jak miło byłoby wtulić się w jego tors (umięśniony jak cholera w moich
myślach) i powiedzieć co sądzę o tym okrutnym życiu. Pewnie spytacie teraz co
ja sobie myślałam jak byłam 11-latką, ale myślałam tak jak moi rówieśnicy, że
świat to machina spełniająca życzenia, że miłośc jest zawsze cudowna, bez skazy
poprostu idealna.
Przesiedziałam na facebooku całą noc i wkońcu znalazłam!
Nazywał się Michael Bumblebee..... Trzmiel...po raz pierwszy w całym moim życiu
stwierdziłam, że owady jednak mogą być fajne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz